Działkomania czyli „Działka i ja” – jak to się robiło w PRL-u

Ileż to osób przez ostatnie 200 lat (pierwsze ogrody działkowe organizowane dla robotników w początku XIX wieku w Holandii i Niemczech) pragnęło kawałka ziemi określanego mianem „działka”? Ostatnio posiadanie działki zrobiło się modne. Na przeciwko mojego ogródka pojawili się nowi działkowicza – doprowadzają do tzw. porządku zaniedbaną działkę. Szkoda trochę wyciętych kilkuletnich samosiejek sosen. Nadawały tej działce lesistego charakteru. Ich miejsce zajął domek ze zjeżdżalnią i ogromny błękitny basen jako signum temporis. Działki stają się placem zabaw dla najmłodszych, a basen w ogrodzie, choćby plastikowy, gadżetem przyciągającym okoliczną dziatwę. Na facebooku nowi działkowicze zadają pytania dotyczące regulaminu (zazwyczaj prezesi ogrodów są przeklinani za niewystarczającą informację, a czasami wystarczy zajrzeć do zielono-żółtej książeczki, którą każdy działkowiec dostaje lub posiłkować się … dostępnym on-line), podatku od sprzedaży (nie tyle działki, bo działkowcy nie są ich właścicielami, a altany i nasadzeń).

Działkowej literatury nie poszukuję z premedytacją. Natykam się na nią mimochodem. Tak było i tym razem. Chcecie poznać tę historię?: Kilka miesięcy temu zmarł Piotr Bikont – dziennikarz i krytyk kulinarny. Znałam jego felietony kulinarne; w jakimś odruchu żalu zajrzałam do biogramu w Wikipedii. Dowiedziałam się, że jego żoną była pisarka Anna Bikont. Wikipedia to nie tradycyjna encyklopedia; nie ma potrzeby wyciągania kolejnych tomów. Wystarczy kliknąć w odnośnik. Śledząc dalej wątek biograficzny doszłam do matki p. Anny – Wilhelminy Skulskiej, dziennikarki i publicystki. A ponieważ lubię studiować także bibliografie, a nie tylko biografie, w wykazie twórczości tej ostatniej musiał, po prostu musiał, mi wpaść w oko tytuł „Działka i ja”.

Książka została wydana w 1979 roku w renomowanym Wydawnictwie Literackim. Coś dla mnie!. Pozostało tylko wypełnić rewers biblioteczny i następnego wieczoru przewracałam nieco pożółkłe karty niewielkiego tomu. Po lekturze zakupiłam książeczkę za złotówkę (+ koszty wysyłki, co równa się kwocie kilku złociszy). Jeżeli dostaniecie ją w tej kwocie – bierzcie bez zastanowienia.

Wilhelmina obracała się w środowisku warszawskiej society. Naturalnym dla niej było podnajęcie jako szofera aktora Kazimierza Rudzkiego (ojciec z serialu „Wojna domowa). A towarzystwo Eryka Lipińskiego, Aleksandry Śląskiej  czy Kiry Gałczyńskiej też nie było niczym nadzwyczajnym.

Przypadkowa wizyta na działce u aktorskiej pary Olgi i Anatola Bielskich miało nieprzewidziany skutek.  Autorka natychmiast zaczęła poszukiwać działki dla siebie. A trzeba wiedzieć, że sprawa nie była całkiem prosta. Działki funkcjonowały w obrocie prywatno-„państwowym”. Znajdowało się działkę (zazwyczaj nieużytek) potencjalnie nadającą się na działkę rekreacyjną. Następnie znajdował się jej właściciel (lub za takowego się podający). Z nim to ustalało się cenę ziemi. Nie była to jednak umowa wystarczająca. Najważniejsza była tzw. lokalizacja, która umożliwiała postawienie na działce domku i włączała rzeczony teren  w użytkowanie  rekreacyjne. „Przydziału” lokalizacji dokonywała Wojewódzka Rada Narodowa (terenowy organ władzy).

Pierwsza, znacząca część książki, to historia poszukiwania działki i zdobywania kwitu na nią. Proces ów trwał rok i wiązał się z wieloma nakładami poniesionymi na rzecz właściciela gruntu. Chodziło o to, aby go obłaskawić. Nie mógł ulec pokusie odsprzedania działki oferentowi z zasobniejszą kiesą, przed wydaniem urzędowego papieru. Pierwszy papier okazał się bez wartości; działka została podkupiona.

Z następną lokalizacją dzięki sieci powiązań osobowych poszło szybciej. Autorka z pomocą męża przystępuje więc do zagospodarowania działki. Każde działanie jest wyzwaniem dla Pani Redaktor. Grodzenie (kantowniki tylko u Henryka Kapłana na Twardej – rzecz dzieje się w Warszawie i okolicy Zalewu Zegrzyńskiego), sadzenie drzewek owocowych (próba wykopania dołków w kamienistej glebie), kupowanie nawozów sztucznych w opakowaniach zastępczych (po karmie dla zwierząt hodowlanych), budowa domku. Systemem gospodarczym, z pomocą górali… Przy okazji nabyła umiejętności radzenia sobie w sytuacji niedoborów materiałowych: gdy brak 3 drenów do odprowadzania wody omawiała przy okazji pisania artykułu, wysoki urzędnik wyślizgując się z odpowiedzi wprost,  gdzie je kupić sprzedał radę na ich zdobycie w te słowa: „Jeździ panie szosą?… Rzeczywiście setki drenów leży na poboczach dróg. Zatrzymałam samochód (…) Melioracja systemem gospodarczym.”

Po zbudowaniu chaty nastąpił czas sadzenia drzew, ba tworzenia prawdziwego sadu. Wzbogacanie gleby: krowie placki zbierane na wybrzeżu Zalewu Zegrzyńskiego, łupiny kartofli zbierane po sąsiadach, stare gazety, popiół z ogniska, skorupy jaj. Przepis na kompost doskonały. Wybór odmian, nauka szczepienia i w kilka lat mąż autorki z dyletanta zmienił się w szkółkarza i sadowniczego eksperta.

Znalazło się też rozwiązanie na krecią robotę. „Okazało się, że można by je wykurzyć naftą. Nie znoszą jej zapachu. Poszłyby sobie do Weissa, spulchniłyby mu ziemię. Jakoś tej nafty przez okrągły rok nie można było kupić, nawet w prywatnej mydlarni. Kryzys paliwowy i tyle!” Tak podsumowała zaradność męża; był bowiem p. Andrzej wielkim admiratorem kretów.

Podobne opowieści ogrodowych przygód snujemy na swoich blogach i wątkach na forach ogrodniczych… Mimo realiów PRL-u ta książka jest do nich podobna. Fabuła jest nikła; najważniejszy jest zapis działań. Przy tym dowcipnie i lekko napisana, z domieszką lokalnego kolorytu. Groźna konkurencja dla „Roku w ogrodzie” Karela Czapka.

Zdjęcia z działek (ROD Waszyngtona W Warszawie)

4 Comment

  1. Działkowe zdjęcia piękne. A lektura zapowiada się intrygująco, może uda się zdobyć tę książkę.

    1. Ewa says: Odpowiedz

      Ksiązka do białych krukó nie należy, więc na pewno. Ja zapłaciłam więcej za przesyłkę niż książkę. Dziękuję za miłe słowa pod adresem zdjęć!

  2. Zuzanna says: Odpowiedz

    Kupiłam! I przeczytałam z wielka przyjemnością. Ciekawa jestem jak wyglądał ten domek działkowy w stylu góralskim 🙂

    1. Ewa says: Odpowiedz

      Cieszę, że lektura nie zawiodła. Co do domku w stylu góralskim to mam nadzieję, że był wygodny choć do mazowieckich pół pewnie średnio pasował.

Dodaj komentarz