Być jak Monty Don? Profesjonaliści i amatorzy

Wczoraj zakończyły się targi Zieleń to Życie. Zapewne przeczytacie relacje z tych targów na innych blogach. Ja przeleciałam przez hale z prędkością wiatru i ucięłam sobie pogawędkę z jedną przesympatyczną redaktorką pisma (Gardeners World Polska – z serca polecam).

W trakcie Wystawy odbyło się również 4. Spotkanie Blogerów Ogrodniczych organizowane przez pełnego energii Wojtka Wardeckiego. W trakcie tego Spotkania miałam i ja swoje kilkadziesiąt minut,  mówiąc o kondycji blogosfery ogrodniczej. Czas ograniczony, pamięć szwankuje, założone przemowy wygłosiłam w wielkim skrócie.

Poniżej zamieszczam  moje wystąpienie w poszerzonej wersji (czyli pierwotnej).

DSC_1605

Krwawnik pospolity – ukryty nieco z boku, w towarzystwie „szczoteczek”,  niezauważony wkroczył na wystawę

Być jak Monty Don? Profesjonaliści i amatorzy

Kim jest Monty Don?

Wszyscy go znamy. Guru ogrodnictwa, ogrodnik celebryta, przewodnik po ogrodach świata, autor rozlicznych książek, z których tylko jedna została przetłumaczona na język polski.

Ubrany w granatowe zgrzebne marynarki (nawiasem mówiąc, gdy w jednym z ujęć wystąpił w szarej katanie uznałam to za przekroczenie przeciwko konwencji), z brudnymi palcami opowiada o swoim ogrodzie i jego uprawie. Próbuje młodych selerów naciowych ściętych przed chwilą z grządki, sieje sałatę, podwiązuje róże a przy okazji z pasją opowiada o symfonii sierpniowych kolorów . I dużo spaceruje, choć ciągle narzeka na słabe kolana. Gdy mówi, że w kwietniu nie należy jeszcze rozpoczynać prac ogrodowych Anglicy nie spieszą do centrów ogrodniczych. Ich właściciele z oburzeniem organizują prasową kampanię przeciwko Montemu. Taka jest siła jego słów. Nikt nie ma wątpliwości, że jest profesjonalistą w tym co robi.

Jednocześnie Monty Don w wywiadach opowiada o czasach, gdy po ukończeniu studiów wraz z żoną prowadził firmę produkującą i sprzedającą sztuczną biżuterię. Firmę, która zbankrutowała. Przez jakiś czas był bezrobotny, aż w końcu zakupił farmę.

Karierę jako prezenter ogrodniczy zaczynał w programach porannych u progu lat 90-tych. W dziedzinie ogrodnictwa, jak mówi o sobie jest amatorem i samoukiem. Uważa się za pisarza. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że nie interesuje go tylko opowiadanie o ogrodach. Chciał doświadczać pracy ogrodnika, eksperymentować i łamać stereotypy ogrodnicze. Tworzy ogród, który znamy z programów BBC. Ale jest przecież ciągle amatorem ogrodnictwa jak wielu z nas.

DSC_1607

Krwiściąg mieszańcowy (Sanguisorba)`Blackthorn`

Profesjonaliści i amatorzy

(Profesjonalista

1. osoba zajmująca się zawodowo jakąś dziedziną

2. ktoś, kto ma duże umiejętności w jakiejś dziedzinie i doskonale wykonuje swoją pracę

Amator

1. osoba zajmująca się czymś nieprofesjonalnie, niemająca doświadczenia w danej dziedzinie

2. miłośnik czegoś, osoba znajdująca w czymś przyjemność; człowiek zajmujący się czymś hobbistycznie

3. osoba mająca upodobanie w czymś, lubiąca coś)

Zazwyczaj ze słowem profesjonalista kojarzymy odpowiednie wykształcenie i doświadczenie gwarantujące wysoką jakość usług czy produktów.

Słowo amator nie ma tak jednoznacznie pozytywnych skojarzeń. Być może dzieje się tak dlatego, że amator w pospolitym odbiorze kojarzy się wyłącznie z partactwem I niedoróbkami. Często mówimy o czymś, że jest zrobione po amatorsku mając na myśli słabą jakość.

Ja osobiście lubię połączenie definicji przytoczonych w punkcie 2 i 3. Amatorstwo lubię kojarzyć z upodobaniem w jakiejś dziedzinie. W tym kontekście amator może być kimś więcej niż profesjonalista. Kimś takim jak Monty Don.

W chwili obecnej zachodzi poważna zmiana znaczenia pojęć profesjonalista i amator. Szczególnie ma to odniesienie do tak praktycznych zajęć jak ogrodnictwo czy tworzenie ogrodów. Ocenianie profesjonalności bądź amatorstwa następuje na podstawie tego co oglądamy w sieci jako autoprezentacje. Jednocześnie nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy, jej nieustanna wymiana zacierają granicę między profesjonalizmem i amatorstwem. Mam nadzieję, ze nigdy nie zatrą granicy między profesjonalistami, amatorami i amatorszczyzną.

DSC_1578

Stoisko z olbrzymimi czosnkami było oblegane

Bloger i jego blog

Czy zastanawialiście się ile jest polskich blogów? Według literatury tematu kilka milionów. Ale tylko kilkaset tysięcy aktywnych. Nie wiem ile jest blogów ogrodniczych w ścisłym znaczeniu tego słowa. Na pewno zauważacie też, że tematyką ogrodniczą i ogrodami zajmują się – szczególnie ostatnio – blogi lifestylowe i kulinarne.

Bloga zaczęłam prowadzić w 2009 roku. Blogów ogrodniczych i około ogrodniczych było wtedy pewnie kilkanaście. Znaczący wysyp nastąpił chyba w latach 2012-2014. Ale ostatnio zauważyłam tendencję do porzucania regularnego blogowania

Zacznijmy zatem od jajka. Web log – te dwa słowa stworzyły stworzyły sieciowy dziennik. Właściwie blog wymyka się definicjom. Ten gatunek twórczości internetowej ma jednak pewne charakterystyczne cechy, którymi można go opisać. Są to antychronologiczny układ treści, jej personalny charakter, cykliczność zamieszczania w sieci, interakcje z czytelnikami. Badacze uważają też, że blog powinien być pisany przez osoby prywatne nie instytucje. Mam pewną trudność z tą cechą. Blog firmowy. Aktualności firmowe przebrane w formę bloga trudno mi zaakceptować, ale czy blog robiony przez firmę w charakterystycznej dla bloga stylistyce przestaje być blogiem?

Metoda

W poszukiwaniu konkurencji dla Montego Dona przejrzałam kilkadziesiąt blogów. Dobór blogów był przypadkowy, są to blogi i powszechnie znane i zapewne hermetyczne, o ograniczonym kręgu czytających. Skupiłam się na tych aktywnych w ostatnim pół roku. Te poddałam analizie. Czy jest to analiza pozwalająca na uogólnienia. Prawdopodobnie nie; byłoby to raczej zadanie dla badacza o dużym samozaparciu. Idąc tropem zastosowanym przy charakterystyce Monty’ego postanowiłam zidentyfikować profesjonalistów i amatorów.

Za zdeklarowanych profesjonalistów uznałam blogerów deklarujących związek (np. wykształcenie) ogrodnictwem lub dziedzinami pokrewnymi oraz te które zajmują czynnie się ogrodami (urządzaniem bądź projektowaniem. Czasami jest to oddzielny blog, czasami stanowi część strony firmy ogrodniczej. ). Nie uwzględniałam blogów prezentujących tylko dorobek lub ofertę firmy.

Wszystkie inne blogi trafiły do grupy amatorów, czyli osób z zamiłowania parających się sztuką ogrodową w szerokim kontekście. Po przeglądzie wyłoniły się dwie podgrupy blogów.

Radośni ogrodnicy piszą blogi w myśl zasady taka/taki jestem, taką/takiego mnie bierz. Ogród tworzą tak jak czuje i tak też piszą o nim.  Rozumiem nieco egzaltowany styl wypowiedzi, sama walczę z tą skłonnością. Mam nadzieję, że nie udają, nie kalkulują – mogliby trochę poprawić jakość zdjęć. Piękny kwiatek traci dużo ze swego uroku, jeżeli jest kompletnie nieostry, a nic nie znaczące tło w postaci gołej ziemi zachwyca szczegółami.

Amatorzy zaawansowani – o dużej wiedzy i doświadczeniu prowadzą już bardziej planowe blogowanie. Widać zapędy edukatorskie, ale i autentyczne zaangażowanie nie tylko we własny ogród.

DSC_1576

Pokaz jak „robi się” miód miał naprawdę dużą publiczność (inna sprawa, że obok prowadzono sprzedaż miodu z równie dużą frekwencją; wszystko to na stoisku OSTO)

Czytelnik

Zakładając bloga miałam pewien wzorzec czytelnika. Chciałam, aby była to osoba, którą bawi “Rok ogrodnika” Karela Czapka. Czyli zainteresowany ogrodnictwem, literaturą i z poczuciem humoru. Sądząc, z przeglądu blogów nie ja jedna tak wyobrażam sobie czytelnika.

Dla kogo piszemy? Nie wierzę w zapewnienia, że tylko dla siebie. Jak bym pisała dla siebie wszystko było by w punktach, hasłach i wyliczankach (roślin, rzeczy do zrobienia, poronionych pomysłów). Często o potencjalnym odbiorcy można przeczytać w słowie do czytelnika albo wysnuć wnioski z przeglądu postów i ich poziomu.

Czytelnik wyobrażony jawi się jako zielony ignorant. Być może tak jest; edukacja pozostawia wiele do życzenia. W zasadzie wydaje się nam, że nic nie wie. Nie uczył się biologii, nie przeprowadzał eksperymentów z kiełkowaniem fasoli, nie siał rzeżuchy na święta wielkanocne. Oferujemy mu więc ów siew rzeżuchy.

Wyobrażamy sobie także czytelnika jako posiadacza ogrodu. Ten jest na pewno zainteresowany ogrodnictwem. Nie zbędzie go byle informacja. Chce zobaczyć ogrody w sieci, podyskutować na temat drzew, rabat, szkodników albo zwyczajnie pozachwycać się ogrodami innych.

Dochodzimy do grupy trzeciej – wybrednych ogrodników. Tym nie wciśnie się kitu. Chcą wiedzieć co wynika z czego; jak sprawują i jak rosną rośliny w kilkuletniej perspektywie. Dyskusje toczą o idei ogrodu i przyszłości ogrodnictwa.

Pozostaje wrażenie, że przy pisaniu nie ma konkretnego adresata. Z jednej strony może to sugerować, że blogi kierowane są do szerokiej grupy odbiorców. Z drugiej strony gdy deklarujemy, że blog poświęcony jest architekturze krajobrazu musimy zaoferować odbiorcy coś więcej niż wiedzę podstawową i ogólnikowe refleksje. Czy czytelnik nie rozpozna dysonansu między deklarowanymi wartościami a prezentowanymi rozwiązaniami? Należy mu się pewna doza szacunku. W końcu poszukuje informacji o ogrodnictwie i ogrodach. Czyta na temat roślin. Chce, aby ogród był piękny. Można zakładać, że zostanie naszym stałym czytelnikiem. Może uda się go nakierować na właściwą drogę. Pozostańmy w intymnym kontakcie z tym jednym jedynym czytelnikiem. I nie bez znaczenia jest, że używam liczby pojedynczej.

Czytelników poznajemy przez mejle przysyłane osobiście (z pytaniami lub zachwytami) albo poprzez dyskusje toczone pod postami. Czy mamy prawo obrażać się za to, że nie wie albo, że wie lepiej, że chce narzucić swe zdanie? Nie, w ideę bloga wpisany jest czytelnik i dyskusja.

DSC_1570

Próbowanie miodku

Tępimy pazurki

W czasach dziecięcych ogrodowej blogosfery, kiedy blogi były bardziej emanacją osobowości autora niż produktem skierowanym do potencjalnych partnerów biznesowych zdarzały się recenzje autentycznie krytyczne w odniesieniu do pewnych aspektów rynku ogrodniczego i około ogrodniczego. Niektórzy zmodernizowali pewien rodzaj dyskusji znany od wieków; uprawiali pieniactwo internetowe.

Nagle artykuły blogowe piszą wyważeni ogrodnicy a nie buntowniczy neofici. Porzucili swe ulubione wątki roślinne, a niektórzy krytyczne posty na temat ogrodniczej prasy ukryli w czeluściach archiwów.

Nawet blogerzy budujący swój wizerunek na wywoływaniu kontrowersji lub uprawianiu krytyki, czasami całkiem słusznej, stępili pazurki.

Są jednak blogerzy, a właściwie blogerki, które potrafią kilkoma zdaniami wywołać wielogłosową dyskusję. Niestety dyskusje te nie wychodzą zazwyczaj poza te blogi. Nie idą za nimi ogrodnicze czy stylistyczne rewolucje. Nie przetaczają się po blogach kampanie propagujące naturalne ogrodnictwo, bardziej znane pod hasłem eko, wykorzystanie w ogrodach rodzimych roślin dziko rosnących. Pojawiające się pierwociny przywracania idei ogrodu jako obszaru piękna i natury, a nie obszaru użytkowego w którym powinien być grill, plac zabaw, miejsce na dmuchany basen i trampolinę, powoli kruszą dominujące trendy ogrodnicze wykorzystujące nagminnie środki chwastobójcze i maty na rabaty. Zwolennicy trendów naturalnych zdający się być w mniejszości odzywają się u i ówdzie zachęceni przykładem płynącym z Dolnego Śląska czy Małopolski.

Co do braku szerszych kampanii dzieje się tak z różnych powodów. Każdy z blogerów ma inny temperament, dyskusje w komentarzach są zazwyczaj dyskusjami osób o podobnych poglądach, trudno jest o wykrzesanie działania pro publico bono kiedy trzeba działać dla pieniędzy.

Tępimy pazurki nie tylko własne, ale i czytelników – dyskutantów. Nie każda krytyczna czy będąca w sprzeczności z intencją blogera opinia wyrażona w komentarzach jest owym osławionym hejtem.

DSC_1603

Królowały rabaty łąkowe

Thujowy problem

Ciekawe ilu osobom zapaliła się teraz w głowie różowa lampka? Ale spokojnie nie będzie o tych znienawidzonych przez jednych, a ulubionych większość Polaków roślinach. Nawiasem mówiąc lubię żywotniki, między innymi za ich zapach, majestatyczność w starszym wieku i piękny pokrój.

Zatem jaki problem mamy z żywotnikami  i innymi roślinami?

Ano taki, że nie wiemy jak właściwie zapisywać nazwy. I to zarówno nazwy w języku polskim I jak nazwy po łacinie. Trzeba zaopatrzyć się w Denrologię Senety albo w Katalogi Związku Szkółkarzy Polskich. Zajrzeć do słownika ortograficznego czy słownika języka polskiego. Tam można przeczytać, że prawidłowa nazwa naszego ukochanego drzewa brzmi żywotnik, ale tuja jest nazwą dopuszczalną. Używanie natomiast słowa Thuja w polskiej odmianie w zdaniu jest dość dziwne i dalekie od rozumowego stosowania nazw.

Podobnie jest z innymi określeniami np. z terenami. Terenami zielonymi! Tereny zielone to chyba są te, które są pomalowane na zielono. My zajmujmy się terenami zieleni.

Niby są to sprawy błahe. Nieistotne dla wyglądu ogrodu, ani nie pomagają przy trosce o rośliny. Ale takie małe zaniedbania, rozbieżności świadczą o naszym profesjonalnym stosunku do ogrodniczego blogowania i stosunku do czytelników. Polecam podstawowe podręczniki dla średnich szkół z zakresu architektury krajobrazu dotyczące urządzania terenów zieleni.

DSC_1593

Tego widoku nic nie uzasadnia!

Rośliny – harakiri z ‚Hakuro Nishiki’

Mam wrażenie, że w co drugim polskim ogrodzie jest ta wierzba o różowo-białych liściach. Często jest pierwszą rośliną kupowaną do ogrodu. Obłożona kamiennym kręgiem sadzona pośrodku trawnika bywa rodzajem świętego drzewa – kapliczki. Obrasta roślinnością, do niczego nie pasuje, czasami choruje, ale z sentymentu ciągle jest trzymana w ogrodzie. Kto się przyzna do posiadania tej wierzby?

Nie bez kozery wspominam to drzewko. Tuż po tujach. Bowiem opisywanie roślin jest ulubioną formą blogowania. Czy dlatego tak popularne jest opisywanie roślin bo lubimy się widzieć jako jednostki, a nie jako część większej całości?

Daje się zaobserwować dwa typy opisywania roślin. Piszemy o tym co wszyscy powszechnie znamy albo wynajdujemy roślinne rarytasy a nawet roślinne dziwolągi..

Opis tych pierwszych przeważnie jest solenny, to znaczy podręcznikowy. Po opisaniu wymagań i rozmiarów autorzy zasypują czytelników natłokiem odmian. Osobistych doświadczeń próżno szukać, bo trudno je mieć opisując niemalże wszystkie rośliny dostępne w ofercie handlowej lub wypatrzone w ogrodach botanicznych. Czasami podjęcie współpracy reklamowej wpływa trochę na podniesienie jakości tekstów o roślinach.

Ci pozostali to pasjonaci lub kolekcjonerzy jakiejś grupy roślin. Drzewa, roślin zimozielone, byliny, trawy, róże, dzikie do stosowania w ogrodzie. Autorzy dzielą się z czytelnikami doświadczeniem z uprawy, ale potrafią też wynajdować ciekawostki dotyczące historii uprawy czy nietypowe zastosowania.

U tych blogerów, zarówno profesjonalistów i amatorów, a szczególnie u amatorów widać znawstwo połączone z pasją. Na pewno potrafiłabym wymienić kilka blogów o długim stażu, które są kopalnia wiedzy i refleksji dla osób zainteresowanych roślinami.

Rzadko jednak rośliny opisywane są w szerszym kontekście, w kontekście ogrodu, stosowania w kompozycjach, ochrony. Tę ostatnią kwestię – kwestię ochrony roślin, szczególnie środkami naturalnymi pomijamy.

DSC_1607

Gdzie jest ogród?

To dominujące opowiadanie o roślinach skłania do zadania pytania gdzie w tym blogowaniu jest ogród? W wędrówce po blogach ciągle go poszukiwałam. Wszak to o nim, o ogrodzie idealnym opowiada Monty Don. Nawet wtedy gdy tnie żywopłot grabowy czy opowiada o koprze włoskim. W przekazie programu telewizyjnego łatwiej połączyć obraz i opowieść. W tradycyjnej w sumie formie literackiej, nawet ilustrowanej fotografiami, jaką jest blog trudniej opowiedzieć o ogrodzie.

Czy go znalazłam? Starałam się łapać te okruchy tu i ówdzie. Głównie opowiadamy o własnych ogrodach lub ogrodach poznanych w czasie wypraw turystycznych.

Ostatnio blogi zostały opanowane zostały przez posty w stylu koń jaki jest każdy widzi czyli mój ogród w maju – czerwcu – wrześniu i tak przez cały rok. Jest to jakby odwrócenie kalendarza ogrodnika. Zastanawiałam się, z czego wynika to zjawisko. Przyczyna być może tkwi w tradycji różnorakich for ogrodniczych. Na forach przedstawianie ogrodu w poszczególnych momentach roku jest clou opowieści ogrodowych. Czy jednak od blogów nie oczekujemy czegoś więcej niż sprawozdawczości.

Ciekawe opowieści powstają przy okazji sprawozdań z wyjazdów do ogrodów. Indywidualnych i bardziej zorganizowanych. Sprawozdania te wymagają nieco więcej pracy o blogera. Nie są przecież zwykłymi opowieściami: tu widzimy lilie, a tu bratki. Historia ogrodu, koncepcje założenia, omówienie nasadzeń roślinnych, wrażenia. To wiele czasu bezinteresownie poświęconego potencjalnym czytelnikom.

Inną narracją blogową o ogrodach jest omawianie aspektu technicznego czyli jak zbudować i doskonalić ogród.

Niemalże wszechobecnym elementem ogrodowym w nowozakładanych ogrodach jest skarpa deweloperska. To jest wał ziemi, który usypuje się przy mniej lub bardziej wyniesionym tarasie. Należałoby powywieszać projektantów i budowniczych za te tarasy na nasypach; brakuje tylko fosy. Dom jest odcięty od ogrodu. Tak więc zmagania z ogrodem zaczynamy od zagospodarowania skarpy. Z rozpaczą albo z lubością pokazujemy te zdjęcia: kilka nędznych roślin na skłonie, czarna agrowłóknina umocniona kupami kamieni, skarpa i donice z bloczków betonowych wysypane w esy floresy kolorową korą. Wracamy do przedszkola?

To nie są rozwiązania, które chciałabym widzieć na blogach. Nawet jeżeli stosuje się je w ogrodach to są rozwiązania szkodliwe ze względów estetycznych. A i często szkodliwe dla środowiska i umysłów ludzkich. No bo co trzeba mieć w głowie, żeby napisać w komentarzach do posta omawiającego wspaniałe skutki stosowania środków chwastobójczych, iż w zapuszczonych działakach gnieżdzą się żmije, myszy oraz zwierzyna.

Techniczny aspekt ogrodu, budowanie ścieżek, altan właściwie jest dość fajnie rozpracowywany przez niektórych blogerów. Widać, że aspekty związane z budową małej architektury mają w małym palcu. Byłoby wspaniale, gdyby nie pewne ale… Elementy te są usytuowane w realizacjach ogrodowych (czyli wśród roślin i otoczenia), które nie wahałabym się nazwać ogrodniczym dziadostwem. Dbając o dobre imię ogrodników urządzania terenów zieleni chciałoby się prosić o wyważone kadrowanie fotografii.

O ile mała architektura to domena blogerów, to wszelkie działania związane z roślinami w ogrodzie są domeną blogerek: koncepcje ogrodu, jego rozplanowanie, planowanie rabat, wyjaśnianie co z czym i dlaczego, rady jak zorganizować rabaty bylinowe, by ograniczyć nakład pracy. Można się nie zgadzać z estetyką ogrodów, ale prezentowanym kompozycjom nie można zarzucić kiczowatości.

DSC_1591Damy i kwiaty – żywa reklama Flower Expo Poland

Dogmat stylu
Czy lubicie czytać o stylach ogrodowych? Ja nie lubię, co więcej nie uznaję takiej klasyfikacji. Ogród w mieście jest ogrodem miejskim a ogród na wsi jest ogrodem wiejskim. Wszystkie się ogrodami współczesnymi. Powstają tu i teraz. Nawet odtwarzane ogrody historyczne przetworzone są przez filtr współczesności. W głównej mierze współczesne ogrody są dość eklektyczne, a ich projektanci i twórcy czerpią inspiracje z ogrodów popularnych projektantów. Najlepsze ogrody powstają jednak wtedy, gdy inspiracje czerpie się z własnego wnętrza.
Wielu jednak blogerów uznaje, że musi się zmierzyć z tematem stylów ogrodowych. Zarówno amatorzy jak i bardziej zaawansowani w sztuce ogrodowej przepisują lub powtarzają slogany o stylu śródziemnomorskim (musicie przenieść południowe słońce do Polski) lub tworzą angielskie rabaty na szerokości ca 1 m na tle drewnianego płotu.

Ogród angielski
Ogród angielski zdaje się głównym źródłem inspiracji blogerów. Za sprawą angielskich programów ogrodniczych, wycieczek do Albionu, wystaw ogrodniczych tak obficie relacjonowanych tu i ówdzie. Ogrody angielskie mają długa tradycję tworzenia. Mogą zachwycać. Ujmujemy je w proste opowieści i szczegółowe analizy. Czy jednak nie nazbyt pochopnie przenosimy ten styl do polskich ogrodów, młodych i kształtujących się?

Nudny ogród
To jest ciekawe stwierdzenie. Pojawia się zarówno w blogowych notkach jak i w dyskusjach. Nigdy nie wiem co może kryć się pod tym pojęciem. Ja nie mam obsesji nudnego ogrodu, co najwyżej ogrodu, który niesie za sobą zbyt wiele wrażeń. W powszechnej świadomości nudny ogród to taki w którym nic się nie dzieje. A co się ma w nim dziać. W każdym razie mamy w pogardzie nudny ogród i proponujemy czytelnikom rozmaite sposoby na poprawę atrakcyjności: np, dopasowanie roślinności do stylu ogrodu, rośliny soliterowe, układ zieleni proporcjonalny do budynku.
Przepraszam, ale te rady przytoczone za jednym z blogów są równie nudne jak nudny może być używanie określenia „nudny ogród”. Żadnych konkretów. Dobre są do zaliczenia egzaminu z teorii projektowania

Wracając do meritum sprawy. W opozycji do nudnego ogrodu można ustawić ogród będący świadomym dzianiem się, ogrodowym perfomensem. Wówczas bloger przejmuje na siebie ryzyko zastosowania rad przez czytelników. W internecie zanika bowiem ta linia dzieląca ironie od powagi.

O gustach się nie dyskutuje
Równie kontrowersyjnym stwierdzeniem jak nudny ogród jest ciągłe przytaczanie w kontekście ogrodów i tego co w nich się wyprawia maksymy „o gustach się nie dyskutuje”.
Wiem, że trudno wpisać pod postem, że te srebrne kule na patyku są szczytem kiczu, gdy obok same zachwyty. Wolimy zachować uwagę dla siebie i tak swoista estetyka, z którą się nie dyskutuje rozlewa się po blogach, a szczególnie popularna jest na facebooku. Nie zgadzam się wymowa maksymy. Ciągle dyskutujemy o gustach i te dyskusje w pewnym sensie napędzają estetyczne zmiany. Blogerzy ogrodowi pokazują zarówno dobre rozwiązania, jak i kontrowersyjne, a nawet złe. Czasami dodają osobisty komentarz do zjawiska czy kompozycji i to jest dobry kierunek. Nie możemy się wahać przed wyrażaniem własnych ocen.

Grzechy (blogów)

gwałtowny okresowy wysyp postów
na bakier z prawem autorskim
zapchaj dziura czyli kalendarz ogrodnika
SEO – odsyłamy tylko do siebie
ględzenie
fotografie bez opisu (np. podania nazwy rośliny)
szczątkowe relacje między blogami

Cnoty (blogerów)

pasja
odpowiedzialność
radość dzielenia się
edukacja

DSC_1609W sobotę była to powszechnie dostępna informacja o roślinach

Czy Monty Don poczuje się zagrożony?
Jak widać nie zagłębiałam się w styl narracji prezentowany w blogosferze ogrodniczej. Jedni radzą sobie lepiej inni gorzej. Chodzi mi nie tylko o styl wypowiedzi, ale także o przestrzeganie podstawowych zasad języka polskiego i edycji tekstów. Interpunkcja, brak spacji, co za szczęście, że edytor pomaga w wyłapywaniu błędów ortograficznych. Być może zadałam sobie zbyt wiele, bo im więcej blogów przeglądałam tym bardziej uderzały mnie truizmy, bardzo krótkie teksty o niczym (celują w tym portale dla których blog jest jednym z elementów wystroju wnętrz). Albo popadanie w pseudokorporacyjna nowo mowę. Nie naśladujemy Monty’ego w jego wyważonych, acz pełnokrwistych wypowiedziach.
Myślę że guru angielskiego, a może nawet europejskiego ogrodnictwa zdaje sobie sprawę z pozycji jaką zajmuje. Z całą pewnością traktowany jest jako ekspert, a chwila jego uwagi dokumentowana jest zaraz na facebooku. Nawiasem mówiąc Monty w tej książce twarzy ma zaledwie wizytówkę.

Rodzimi ‚kuzyni” Monty’ego z łatwością przyznają sobie tytuły najpopularniejszy blog ogrodniczy w Polsce, niecodzienny, najciekawszy, profesjonalny, ekspercki. Co nas upoważnia do stosowania takich podtytułów? Niezależne badania, poziom merytoryczny w rankingach fachowców? Czy są to tylko marketingowe zabiegi?

Z mojego oglądu blogosfery ogrodniczej wynika, że mimo naszego deklarowanego zadowolenia nie jest wcale różowo. Monty miałby trudności ze znalezieniem partnerów.
Dominuje utylitarne podejście do ogrodnictwa i blogowania. Nie może dać to dobrego rezultatu. Ogród jest tworem, włącza naturę do obszaru sztuki. A my blogerzy podpowiadamy jak go kształtować i przedstawiamy swoje wyobrażenie o nim. Co więcej nikt nas o to nie prosił, czynimy to z własnej nieprzymuszonej woli. Kształtujmy swój gust; wtedy może nasz ogrodowy narodowy gust dorówna gustowi Monty’ego.
Jednak chciałam zakończyć optymistycznie. Jest parę blogów i kilkoro blogerów, którzy zajmująco i z pasją piszą o wielu aspektach ogrodnictwa. Blogi z potencjałem merytorycznym i pisarskim (byle tylko nie skupiali się na dziwactwach). Amatorzy zdają się dzierżyć palmę pierwszeństwa. Opowiadają z zaangażowaniem o ogrodach. Pokazują, że ogród to coś więcej niż ścieżki, altany, murki i ogrodowe kuchnie. To coś co dzieje się pomiędzy.

PS. Z tekstu wykreśliłam zdanie „Po co ja właściwie prowadzę jeszcze tego bloga?” Ciekawe czy domyślacie w którym było miejscu. ale pytanie zawisło nade mną i wisi…

PS. 2. Po przespaniu nocy usunęłam 3 cytaty. Doszłam do wniosku, że nie mogę ich zamieszcać bez podania autora i źródła; przeto usunęłam je aby nie zadawać autorom przykrości i sromoty.