Bez – wędrówka w poszukiwaniu zapachu

Założenie było takie: pospaceruję sobie ulicami Saskiej Kępy, nawdycham się zapachu bzów, a potem zgrabnie ubiorę opis doznań sensualnych w słowa i puszczę w świat.

Zaczęło się od „Małgośki”: „To był maj,  pachniała Saska Kępa szalonym zielonym bzem„….  Dalej szło o schnących koszulach, złym wyborze i nieodbytym ślubie.

Saska Kępa jest owiana mityczną sławą „dobrej” dzielnicy. A jak wygląda w realu? Mieszanka blichtru rodem z prl i nowobogackiej patyny, jezdnie pełne dziur,  jeden wielki parking.  Dwie ulice – Saska i Francuska – aspirują do bycia salonem Warszawy. No cóż szyld w paryskim stylu (chodzi o Rue de Paris – kawiarnię z szyldem będącym kopią paryskich tabliczek z nazwą ulicy) nie czyni z Francuskiej Pol Elizejskich.

Idę więc od Saskiej w stronę ulicy Dąbrowieckiej, gdzie pod numerem 25 stoi dom w którym  mieszkała Agnieszka Osiecka. Tu i ówdzie bzy. Szalone to one nie są. Od roku 1973 (wtedy powstała „Małgośka”)  mocno wzrosły. W zasadzie stały się mocno podkrzesanymi od dołu drzewami . Wyglądają zza szpalerów tuj (tak w tej eleganckiej dzielnicy zaniedbane żywotniki jako żywopłoty są dominujące), pojawiają się w prześwitach między domami. Może szaleją gdzieś poukrywane w podwórkach?

Wdycham więc… I czuję… Zapach benzyny. Bzy głównie bez zapachowe. Nie przeszkadza mi to specjalnie, bo i tak najbardziej lubię subtelny zapach lilaka pospolitego, odmianowe przeważnie zalatują skondensowanym zapachem perfum „Biały bez”.

Robię kółko do owej kawiarni wyżej wspomnianej. Na rogu mijam pomnik Osieckiej siedzącej przy kawiarnianym stoliku (czy wiecie, że lubiła nosić czerwone buty?) i podążam do Parku Skaryszewskiego szukać zapachu bzów. I tu bzów jak na lekarstwo! Znajduję dwa półkręgi rachitycznych niby drzewek wokół głównej alei.  Gimnastykuje się z różnymi obiektywami by zakłamać nieco rzeczywistość. Tu przynajmniej się nieco zapachu nawdychałam, ale w ferworze walki z aparatem fotograficznym umknęła mi malownicza scena z migającą miedzy drzewami biała suknią. Zbyt szybcy „nowożeńcy” (kto robi sesję ślubną w dzień ślubu) zniknęli w zieleni Parku.

Resztką sił (okropnie atakujące z nieba, ostre słońce pozbawiało mnie soków witalnych) dowlokłam się do ostoi wszelakiej tradycji ogrodniczej – ogródków działkowych na granicy Saskiej Kępy i Grochowa. Tu bez wylewał się niemalże z każdej działki. Do woli mogłam zanurzać nos w zapachach białych, niebieskich, purpurowych i fioletowych. Pojedynczych i złożonych. Bezimiennych.

Fotografie ułożyłam zgodnie z chronologią powyższej opowieści:

 

Przeszukując literaturę na temat lilaków (Syringa vulgaris) – bardzo zresztą nieobfitą – znalazłam dziełko ze tablicami kolorów lilaków. „Pożyczam” te tablice do swego postu, abyście nie musieli samodzielnie podejmować trudu przeszukiwania.

 

 

 

 

 

Tablice kolorów pochodząc z książki „The lilac

 

4 Comment

  1. Hanako says: Odpowiedz

    Czy tablice utrzymują, że białych lilaków nie ma i nie będzie? Śmiem protestować. Wychowałam się na białych lilakach. I zawsze marzyłam, żeby odziedziczyć te stare, drzewopodobne, wysoko podkrzesane lilaki. Byłoby miło.

    1. Ewa says: Odpowiedz

      Nie ma?! Ale w ogrodach są! Na szczęście…

  2. Czyli nie ma to jak na działkach… Te drzewa bzowe cudowne, ciekawe, ile mają lat.

  3. Jeśli maj to tylko bez. Uwielbiam ten zapach i zawsze jeśli tylko jest okazja to zrywam kilka gałązek, wpycham w wazon i stawiam na stole w salonie. Za to nie znoszę czarnego bzu, bo chyba nic innego nie pozostawia tak paskudnych plam.

Dodaj komentarz